nauka i praca

Blog Marka

Już jakiś czas temu postanowiłem zrobić coś ciekawego w swoim życiu i wyjechać z dala od naszego kraju, żeby poznać ciekawych ludzi, inną kulturę, podszkolić znajomość języków obcych etc. Wybrałem się do biura Foster, o którym słyszałem, że mają tam różne wyjazdy na praktyki, work & travel i wiele innych. Okazało się, że jest także oferta wyjazdów na studia, bądź nauki języka angielskiego w Australii. Muszę przyznać, że od razu mnie to zainteresowało. Zawsze Australia wydawała mi się bardzo atrakcyjna, ale jednocześnie trudno dostępna. W tym momencie perspektywa tak dalekiego wyjazdu stała jakoś bardziej realna.

Biuro odwiedziłem kilka razy, miałem oczywiście wiele pytań. Gdy w końcu się zdecydowałem, wziąłem roczny urlop dziekański na uczelni. Następnie było trochę formalności, które jednak w kilka tygodni były już załatwione.

 

Bilet lotniczy do Australii!

Bilet również kupiłem w biurze Foster. Najlepsze jest to że można u nich załatwić wszystko co jest związane z wyjazdem do Australii. Bilet kupiłem w jedną stronę, podobno jest to najlepsza opcja. Cena wydaje mi się korzystna 2430 pln.

Problem z bagażem, chcę wziąć rakietę do tenisa, deskę do pływania a tu tylko 20 kg…………..

To już jutro. Napięcie rośnie, ale już jestem prawie spakowany i gotowy do drogi…

Lot do Australii

Wylądowałem w Singapurze i teraz czekając na kolejny samolot do Sydney postanowiłem poszukać internetu. Ten lot (z Kopenhagi) trwał mniej wiecej 11 godzin. Mile byłem zaskoczony obsługą w Singapore Airlines, poza tym stewardessy chodzą w tradycyjnych azjatyckich strojach. W tym momencie albo za chwile wyjdzie słońce (a ze Singapur leży kilkadziesiąt kilometrow od równika potrwa to szybciutko).

Jest teraz przed 7.00. Trochę już zmęczony ale zadowolony. Kończy mi sie czas wiec muszę przerwać. Przede mną jeszcze prawie 8h lotu.

Pierwsze dni w Sydney

A teraz trochę newsów z pierwszych dni na obczyźnie.

Jeśli chodzi o mnie to na razie wszystko gra. Lot był długi, ale jak najbardziej w porządku. Łącznie nieco ponad 20 godzin w samolotach.
Tyle startów i lądowań a nawet mnie uszy nie bolały.

Do Sydney docieram po godz. 20 czyli 10 polskiego czasu w piątek. Przechodzę przez kontrolę paszportową na lotnisku, idę dalej, żeby wziąć swój bagaż z taśmy, obwąchuje mnie piesek (po prostu maja tu bardzo zaostrzone przepisy, jeśli chodzi o wwożenie jakichkolwiek produktów żywnościowych i w samolocie trzeba wypełnić stosowną deklaracje). Wszystko oczywiście gra, więc przechodzę przez drzwi i widzę mnóstwo oczekujących osób. Wytężam swój wzrok i wśród tych ludzi widzę kogoś z karteczka, na której widnieje moje imię i nazwisko. Tym kimś jest Marcin, jeden z dwóch rezydentów, którzy opiekują się Polakami wyjeżdżającymi na ten program do Australii. Można by rzec: jestem w domu Marcin zaprowadza mnie do swojego samochodu. Wyjeżdżamy z lotniska. Jedziemy ulica po lewej stronie. Wszystko jakieś takie inne, jak w filmach. Jestem podekscytowany. Przejeżdżamy jeszcze przez centrum i nad oceanem, aż podjeżdżamy pod dom, gdzie będę mieszkał. Poznaje jednego z 2 współlokatorów. Nie zdążyłem się jeszcze rozpakować jak już zostaję wyciągnięty na domówkę.., wyobraźcie sobie to po tylu godzinach w samolotach… ale poszedłem na trochę. Tak wyglądał mój pierwszy dzień na Antypodach.

Jest sobota, dziś odpoczywałem do wczesnego popołudnia po długiej podróży. W końcu przy różnicy 10 godzin w strefach czasowych jet lag jest nieco odczuwalny. Wychodzę z domu na ulice w krótkich spodenkach (w Polsce w połowie listopada nie byłoby to raczej możliwe). Jest cieplutko, przyjemnie i tak jasno, słonecznie. Pora obiadowa, idę wiec coś zjeść w mojej okolicy, a wieczorem spotykam sie z Wojtkiem, głównym rezydentem, który tłumaczy mi co i jak, odpowiada na wszystkie moje pytania. Jemy sobie steka, potem kupuje kartę SIM do telefonu i Wojtek odwozi mnie do domu. Także serwis – pomoc (mnie) przybyłemu z dalekiego kraju -przynajmniej jak na początek, oceniam bardzo pozytywnie.

W niedzielę rano większe zakupy a potem spacerek po city i porcie. Zobaczyłem ikonę tego miasta – strzelista Sydney Opera House. Robi wrażenie. Dzisiaj po raz pierwszy jadę autobusem w Sydney. Ciekawe doświadczenie. Dlaczego? Mianowicie na każdym przystanku trzeba zamachać, żeby kierowca się zatrzymał, to samo przy wysiadaniu – należy wcisnąć przycisk. Gdy wychodzi się z autobusu tymi drzwiami z przodu, zaobserwowałem zwyczaj zegnania kierowcy słowami „Cheers mate” albo „see you later buddy”

Dziś wiele spraw formalnych, tj. założenie konta bankowego, pozwolenie na pracę w urzędzie imigracyjnym itp. Z wszystkimi sprawami pomaga mi Wojtek. Idzie nadzwyczaj sprawnie. Nie ma dużych kolejek w urzędach.

 

College w Australii

Od wczoraj zajęcia w college’u. Na razie jestem jedynym „białym”-tak to reprezentanci: Chin, Japonii, Korei, Bangladeszu, Tajlandii, Indii jest tez śliczna dziewczyna z Nepalu. Ale będą też chodziły pewnie dwie polki, które przypadkowo poznałem przed wyjazdem.

Wczoraj też wydrukowałem kilkanaście kopii CV i pochodziłem sobie po ekskluzywnych knajpach szukając pracy jako kelner czy coś w tym rodzaju. W 2 miejscach powiedzieli żebym przyszedł się sprawdzić jutro i pojutrze.

 

Mieszkanie w Australii

Sprawa mieszkania wygląda następująco: z 2 polakami ale pewnie nie będę sie z nimi widywał jak będzie dużo pracy. Ich też ciągle w domu nie ma. Jest to dość droga dzielnica i ekskluzywna. Mieszkania zaczynają sie tu od 350 tys. AUD, ponoć 10 min piechotą ode mnie mieszka Russell Crowe. Niedaleko jest też wytwórnia Fox Studios.

Wracając do mojego lokum-nie mogę narzekać -jest nas tylko 3 także nie będzie kolejek do łazienki, mam microfale, TV, pralkę żelazko, wygodne łóżko, duży pokój, prawie nie ma karaluchów-bo żyje ich tu sporo, a przez drzwi mogą wejść takie naprawdę spore długości połowy palca serdecznego.

Miasto robi wrażenie, chyba na początku największe zrobił na mnie Harbour Bridge. Idąc z domu do autobusu często widzę papugi i inne ciekawe ptaszyska.

Sydney

Jestem przy komputerze to jeszcze mam kilka ciekawostek.

Zacznijmy od pogody: jest tutaj, przynajmniej chwilowo, bardzo zmienna, jak przyleciałem było ok 26 st. C dziś jest ok 15(a w nocy było ok 7). Wczoraj wiał bardzo silny wiatr i trochę padało. Parasolka sie w ogóle nie przydała, bo ją wykręcał wiatr we wszystkie strony:] Dawno w Polsce takiego silnego wiatru nie przeżyłem. Natomiast jutro ma juz być ponad 22 st. i pojutrze 26-27. Tak to tutaj wygląda.

Aha-co jeszcze: czytałem w gazecie, ze przedwczoraj kolo Melbourne po raz pierwszy od 23 lat spadł śnieg o tej porze roku.

Ulice w Sydney przypominają mi San Francisco-chodzi tu o ukształtowanie terenu-zjazdy, podjazdy.

Z ciekawostek kulturalno-sportowych: w zeszły weekend był ponoć darmowy koncert Kylie Minogue, U2 grało 3 koncerty (wszystkie w Sydney!!) w pt, sob i pon, a w tych dniach jest Australian Open w golfa. Niestety chyba nie będę miał na to czasu.

Minęły 2 tygodnie a ja juz mam wszystko załatwione, tzn. Tax File Number(TFN)- odpowiednik polskiego NIPu, konto bankowe wraz z karta płatniczą. Okazuje się, że dwa przystanki ode mnie, obok Fox Studios, jest stadion na którym w sobotę był mecz rugby Australia vs. NZ, wszędzie pełno basenów, pól golfowych, kortów tenisowych. Na razie nie znalazłem jeszcze osób do gry w tenisa. Pogoda rożna, czasami jest około 22st C a raz było nawet 38. W poprzedni weekend byłem w Taronga Zoo (zobaczyłem koale, kangury, wombaty, psa dingo, diabła tasmańskiego etc.) , a przedwczoraj popłynąłem stateczkiem na Manly i Manly Beach – piękne miejsce. Do collegu chodze od poniedziałku do czwartku-wykładowca (aussie) ma naprawdę niezły akcent, także jest z kim podyskutować.

Praca

Znalazłem też juz sobie pracę-to miejsce nazywa sie Cruise Bar i jest w dzielnicy The Rocks (strasznie wylansowani ludzie przychodzą- a kobiety poubierane jak na red carpet -ogólnie hot stuff. Mam widok z tego baru na Operę (ok. 300m). Także lokalizacja bombowa. Zarabiam też nie najgorzej, bo ok. 20AUD na godzinę. Pracowałem cały weekend wieczorami(nocami) -kończyłem prace ok 2-3 w nocy. Przedwczoraj kolo Opery był finał australijskiego Idola i mieliśmy niezły pokaz fajerwerków. Pracują tu prawie sami ludzie z Australii, jeden chłopak z Nowej Zelandii i chyba też ktoś z Włoch. Co nie znaczy, że nie będę sobie jeszcze szukał dodatkowej pracy:)

 

Święta Bożego Narodzenia na Antypodach

Dziś Boże Narodzenie. Postanowiłem, że ten dzień spędzę z Polakami, żeby chociaż w części poczuć atmosferę Świąt, a nie jest to łatwe przy temperaturze ok. 30 st. C
Spotykamy się w mieszkaniu znajomych, każdy przygotowuje potrawy. Składamy sobie życzenia, śpiewamy Kolendy. Jest prawie jak w Polsce. Dowiedzieliśmy się, że w dzielnicy Ashfield ma być nawet Pasterka po polsku. Jedziemy . Była w języku angielskim, ale dla nas to też nie problem. Było to definitywnie coś nowego.

W pierwszy dzień Świąt śpię trochę dłużej. Po południu spotykam się z koleżankami na plaży Bondi, największej i najbardziej znanej plaży. Świeci pięknie słońce, jest tu mnóstwo ludzi, którzy chodzą w czerwonych, „mikołajowych” czapeczkach.

Dzisiaj natomiast nasz drugi dzień Świąt, tutaj zwany Boxing Day. 26 grudnia to data kojarzona ze znanym na całym świecie sportowym wydarzeniem, a mianowicie regaty z Sydney do miasta Hobart na Tasmanii. Postanowiłem, że muszę to widowisko zobaczyć. Jadę więc autobusem do Circular Quay i tam dowiaduję się skąd najlepiej będzie obserwować te pływające jednostki. Usłyszałem „Watsons Bay”, zatem wsiadłem w kolejny autobus i wysiadam w zatoce Watsona, wspinam się na skały i faktycznie widzę te białe punkty na wodzie. To łodzie uczestniczące w regatach. Jak się okazuje Watsons Bay to urokliwe miejsce. Chyba tu jeszcze kiedyś przyjadę…

 

Sylwester

Sylwester (New Years Eve) akurat spędzam w pracy, ale wbrew pozorom nie jest to powód do płaczu. Nie dość, że zarabiam dwa razy więcej niż zwykle, to jeszcze o północy mam kilka minut na sfilmowanie jednych z najwspanialszych fajerwerków na świecie. Wszystko dlatego, że pracuję w miejscu które znajduje się niecałe 300 metrów od Opery i w podobnej odległości od Harbour Bridge.

Nowa Zelandia

Teraz cały czas dużo pracowałem, mniej więcej od początku grudnia kiedy rozpoczęły mi się najdłuższe ferie w roku. Odkładam sobie pieniądze i wreszcie wybieram się do biura podróży, bo mam pewien plan. Chcę wyjechać do Nowej Zelandii. Można by zadać pytanie: czemu najpierw tam, do innego kraju? Odpowiedź jest prosta: pogoda. Teraz będzie tam środek lata, a sezon jest tam krótszy niż w Australii. Generalnie wolę, gdy jest ciepło. Przeglądam zatem oferty tras na miejscu, połączeń lotniczych, po kilku dniach jestem zdecydowany i kupuję. Teraz pozostaje mi jeszcze zarobić ile się da przed wylotem i odliczam dni.

Jutro lecę do Nowej Zelandii. Kilka dni temu kupiłem sobie duży plecak, żeby było mi wygodnie podróżować. Nabyłem też trochę nowozelandzkich dolarów i wydaje mi się, że jestem gotowy przeżyć trzytygodniową przygodę w kraju Maorysów.

Jestem już w Nowej Zelandii. W Auckland wylądowałem kilka godzin temu. Zakwaterowałem się w hostelu, to dla mnie cos nowego. Łóżka piętrowe, dużo ludzi z całego świata, większość tak na oko od 18 do 30 lat. Pora na spacer. Jest dość pochmurno, ale trzeba chociaż zobaczyć trochę to największe miasto Nowej Zelandii. Wjeżdżam na wieżę widokową. Można stąd skakać na takim a la bungy (190 m wysokości) Zjeżdżam na dół. Widzę kolejną konstrukcję z kapsułą. To po prostu ojczyzna sportów ekstremalnych!

Jutro wyruszam już w trasę specjalnym busikiem, który podjedzie pod mój hostel. Powiedziano mi, że będziemy podróżować z kierowcą, który będzie dla nas jednocześnie przewodnikiem. To też tzw. fexible travelling- „Hop on and hop off ”

Oczywiście tylko w skrócie, rozwinę temat juz w Polsce, ale po krotce byłem tam niecałe 3 tygodnie, objechałem obie wyspy, nie spotkałem żadnych Polaków, głównie podróżowałem z ludźmi z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Holandii, Danii, Szwecji, Kanady, Brazylii. Zaliczona wędrówka po wulkanie, rejs w krainie fiordów, wspinaczka na Franz Josef Glacier-najszybciej poruszający sie lodowiec świata, surfing, gejzery, gotujące się błota , kąpiel w gorącym strumyku, jaskinie, wodospady, piękne plaże, ocean, góry, skok na bungy i ze spadochronem and much more.

Wydałem majątek, ale jestem zachwycony. Było bombowo!!!
Jak to mówią Kiwi: Wicked or Sweet As! (not ass)

Powrót do Sydney

Ostatnio jestem wyjątkowo zajęty, tylko praca, praca, szkoła, sen. Pracuję i odrabiam zaległości (długi za Nowa Zelandie 🙂 oraz na drugi semestr collegu, jakieś eskapady, etc. Tylko w międzyczasie i przy okazji czy przejazdem oglądam różne eventy w Sydney. A jest ich niemało.

Jakiś miesiąc temu zaraz po powrocie z NZ była tu parada na chiński nowy rok 2007-ten rok to rok świni-pełno przebierańców, tradycyjne lwy itp.

Kolejny weekend w Darling Harbour to wyścig łodzi chińskich. Następnie jednego dnia przypłynęły 2 największe i najbardziej luksusowe statki świata- Queen Elizabeth 2 i Queen Mary 2. Cytuję: „The last time two ships bearing these names were in the harbour was World War II, when the original Queen Mary and QE were put to work as troop carriers”.

Ponadto w poprzedni weekend w sobotę- parada gejów i lesbijek (jedna z większych na świecie) na zakończenie Mardi Grass Festival. Tydzień temu w niedzielę, koło lokalu, gdzie pracuje, na Circular Quay, na 60lecie Ferrari podstawiono chyba ze 100 rożnych modeli-historyczne i współczesne. A dzisiaj musiałem wziąć taryfę, żeby pojechać objazdem bo zrobili festyn na Dzień św. Patryka i oczywiście jak to w Sydney parada.

Bym zapomniał-jak nie macie co robić w przyszły weekend -noc z 17/18- Formula 1 w Melbourne – wypatrywać mnie na trybunach proszę:)

 

Melbourne

Od wczoraj jestem w Melbourne. Po przyjeździe pochodziliśmy ze znajomymi trochę po mieście, żeby poczuć atmosferę tego miejsca. Dzisiaj natomiast wyścig Formuły pierwszej. Jest to coś niesamowitego. W Melbourne rozpoczyna się sezon F1. Pełno ludzi zmierza do Albert Parku. Przechodzimy kładkami nad torem. Tuż przed rozpoczęciem wyścigu pokazy lotnicze: myśliwce oraz Boeing 747, który przelatuje tuż nad naszymi głowami. Potem bolidy startują. Wszyscy mają zatyczki w uszach, bo jest nadzwyczaj głośno. Atmosfera jest gorąca.

Po dniu wyścigu pora na Great Ocean Road. Jedziemy tam samochodem. Taka całodniowa wyprawa w dwie strony. Dojeżdżamy do wspaniałych formacji skalnych zwanych Dwunastoma Apostołami. Jest tu znacznie piękniej niż sobie wyobrażałem.

Jutro wracam do Sydney.

 

Zwiedzanie Australii

Nadszedł lipiec. Już dawno nie pisałem. Teraz jest trochę zimniej. W końcu to środek zimy. Ale kurtka taka jak w Polsce nie jest mi potrzebna. Zaczynam planować moją dużą podróż na sam koniec mojego pobytu na Antypodach. Przeglądam różne oferty w Internecie, chodzę po biurach podróży, rozmawiam z ludźmi pytając o rady. W końcu gdy już jestem przekonany co chcę odwiedzić i jakie połączenia lotnicze będą odpowiednie, odwiedzam biuro Flight Centre. Tam poznaję Kylie, sympatyczną Australijkę, która pomaga mi przy rezerwacji trasy po Australii wraz z Fidżi (przeloty, noclegi, przejazdy). Natomiast hostele na drogę powrotną w Singapurze i Malezji rezerwuję już sobie sam przez Internet.

Nadszedł czas abym się przygotował do wyprawy, a także wyprowadzki z mieszkania. Wysłałem już paczkę do Polski, bo uzbierało mi się trochę rzeczy, których nie byłbym w stanie przewieźć w bagażu. „Pakuję się” w ten sam plecak, który kupiłem przed podróżą do NZ. Reszta do bagażu głównego, który przez kilka tygodni będzie na mnie czekał u mojego znajomego. Zamykam drzwi, oddaję klucz.

Lecę do Alice Springs, miasteczka w samym środku kontynentu. Przez kolejne 3 dni będę podróżował po tych okolicach. W planie jest m.in. góra Uluru (Ayers Rock), Kings Canyon i inne. Potem będę zmierzał na północ do Darwin.

Jestem w Darwin. Jak do tej pory jestem zachwycony. To jest dopiero prawdziwa Australia! W okolicach Uluru można było poczuć jakąś magię i tajemnice Aborygenów, po drodze na północ te ogromne przestrzenie, gdzieniegdzie wydzielone farmy, spanie w namiotach i nocne odgłosy skaczących w pobliżu torbaczy, a w tych okolicach duża wilgoć, piękne parki narodowe, bujna roślinność i zwierzęta oraz jedne z najstarszych na świecie rysunki naskalne. Za kilka godzin jadę na lotnisko, gdyż będę miał nocny przelot do Brisbane.

Byłem jeden dzień w Brisbane, potem 2 dni Cape Tribulations, gdzie spałem w domku w dżungli, a jednocześnie blisko plaży Są tu jedne z najstarszych na świecie wciąż rosnących lasów tropikalnych, no i oczywiście wspaniała baza wypadowa na Wielką Rafę Koralową.
Musiałem zobaczyć z bliska ten wspaniały podwodny świat. W końcu często taka okazja się nie powtarza. Dzisiaj relaksuję się w Cairns, gdzie spróbowałem CrockBurgera, typowo australijska potrawa. Muszę przyznać, ze potrawa lepsza nawet od steka z kangura czy ryby Barramundi. Ale wiadomo, to tylko kwestia gustu. Jutro z kolei poprzez Brisbane lecę na wyspy Fidżi.

 

Fidżi

Przylatuję już po zmroku do Nadi, stolicy Fidżi. Przybyłych witają tubylcy ubrani w kolorowe koszule w kwiatki i grający na gitarach i ukulele. Nie sposób być tu smutnym. Przechodzę dalej, pracownicy lotniska pomagają mi nawet z bagażem i udaję się do stanowiska firmy turystycznej, w której miałem wykupioną tą wyspiarską przygodę. Zostaję skierowany do samochodu. Kierowca zawozi mnie do hotelu, gdzie mam zapewniony pierwszy nocleg.

Na tych rajskich wyspach spędzę najbliższy tydzień.

Tak jak się spodziewałem, na Fidżi jest pięknie. W ciągu tego pobytu jestem na kilku wyspach, na które przepływa się katamaranem, a potem łodziami.

Wszędzie, pracownicy w ośrodkach-wioskach mający we włosach kwiaty, śpiewają piosenki powitalne, bądź pożegnalne. Jedzenie jest smaczne, niezwykle kolorowe, pełne świeżych egzotycznych owoców. Już jutro pora wracać na 2 dni do Sydney.

Jestem znowu w Sydney. Przyleciałem tu tylko na dwa dni, żeby odebrać certyfikat z college’u, jakieś potwierdzenie z miejsca pracy, spotykam się jeszcze ze znajomymi i wylatuje do Singapuru.

 

Singapur, Malezja

Singapur. Jest tu strasznie wilgotno. Człowiek się poci nawet w środku nocy. Ale jest tu coś wspaniałego. Niesamowicie czyste miasto-państwo. Wysokie, nowoczesne wieżowce zbudowane w pobliżu starych, pięknych chińskich i hinduskich świątyń. Odwiedzam też kilkupiętrową zupełnie nową, bo półroczną, świątynię buddyjską.

Następnego dnia wyruszam do Malezji. Odwiedzam stare miasto portowe, Malakkę, potem Kuala Lumpur, do którego przyciągają mnie nie tylko wysokie na 452 metry wieże, oraz wyspę Penang na północy kraju. Stamtąd wracam do Singapuru i przesiadam się na samolot do Frankfurtu.

 

Powrót do Polski

Po kilkunastu godzinach przylatuję do Polski. Czekając na bagaż przyglądam się „naszemu” lotnisku i nie widzę jakiś ciekawych typowych dla kraju dekoracji. Tak się składa, że w ostatnim czasie odwiedziłem wiele lotnisk, gdzie było „coś charakterystycznego”, stąd takie zdziwienie. Wiem, że czekają tu na mnie znajomi. Faktycznie. Przygotowali nawet wesoły pro-australijski transparent. Rzucamy się sobie w ramiona, rozmawiamy i zaraz potem wychodzimy z lotniska. Niby świeci słońce, ale czuć już ten wczesnojesienny chłód. Z jednej strony szczęśliwy, że wśród swoich, z drugiej trochę smutny, że już tak prędko do Australii nie wrócę…

Skontaktuj się!

W przypadku pytań dotyczących wyjazdu do Australii, prosimy o kontakt:

727 450 900
+48 727 450 900
(22) 331 00 50
JSC